MFF Jedna Minuta 2003
Od kilku edycji festiwalu Off Cinema tradycją jest konkurs w kategorii filmów krótkich. Z czasem doczekał się on własnej nazwy - Jedna Minuta, a w tym roku nawet odłączył od Off Cinema i wystartował jako samodzielna impreza.
Na miejsce imprezy, jak to i w minionych edycjach bywało, wybrano losowo jedno z miasteczek w promieniu 30 km od Poznania. Taka lokalizacja zwiększa zdaniem organizatorów atrakcyjność imprezy. I faktycznie, do Poznania nikt by przecież nie przyjechał.
W tym roku padło na Buk. J (czyt. Dżej) zdecydował, że jedziemy rekwizytem z filmu „Dworzec”, więc nie musząc korzystać z usług przewoźników dotarliśmy do rzeczonego miasteczka szybko i sprawnie. Kierując się dogmatami psychologii sukcesu i zasadą wyboru fajniej wyglądającej uliczki, równie szybko i sprawnie dotarliśmy do miejsca akcji – kina „Wielkopolanin” w Buku. Kiedyś opatentujemy tę metodę wyboru trasy i z Waszych domów też znikną plany miast. Tak jak nam zniknął, gdy tylko wjechaliśmy do Buku. Osobiście jestem zdania, że zniknął nam sporo wcześniej, albo, że nigdy go nie mieliśmy, ale J twierdzi, że jakieś 2 km przed Bukiem widział go kątem oka gdzieś na tylnym siedzeniu.
Po wejściu na salę kina od razu okazało się, iż pogłoski o lokalnych gangach handlarzy organów polujących na entuzjastów krótkiego kina w okolicach dworca kolejowego były mocno przesadzone. Sala była pełna. J nie tracąc zimnej krwi szybko zorganizował dwa miejsca mówiąc jakimś ludziom, że są proszeni do telefonu w biurze organizatora.
Kaczkę posadziliśmy na balustradzie, co by lepiej widziała, no i w celach marketingowych trochę też. Poza drobnym incydentem w przerwie, kiedy to nierozważny młodzian potrącił ją łokciem i musieliśmy bidulkę ratować przed upadkiem, Kaczka bawiła się przednio. My trochę gorzej.
Pierwszy zgrzyt ujawnił się po pobieżnej analizie spamu rozdawanego wchodzącym na salę. Okazało się, że dostaliśmy listę filmów konkursowych – sztuk 91. Niby fajnie, bo liczba pierwsza, ale znaczyło to nie mniej nie więcej tyle, że organizatorzy nie zrobili żadnej selekcji, a tym samym choćby stanęli na głowie nie przeprowadzą pokazu w zaplanowanym półtoragodzinnym oknie czasowym. Na domiar złego już po chwili oznajmiono nam, iż kolejność prezentacji została zmieniona „w ostatniej chwili” i ma się nijak do porządku na rozdawanej liście.
Za to towarzystwo na liście doborowe. Kilka ayoy’owych filmów Grzegorza Halamy oraz kabaretu Słuchajcie, kilku starych znajomych z przeglądu w Mosinie, (m.in. animacje Dominika Ociepki i mimiczne wybryki klubu AWA) oraz klasyka i nowości ze stajni Dominika Kosickiego, w tym „Przestroga”, czyli film o tym samym tytule, co wystawiany przez nas. Wzbudziło to w naszych sercach pewne obawy, lecz postanowiliśmy nie przejmować się tym przykrym faktem. Skoro strategia udawania, że problem nie istnieje sprawdza się w przypadku mandatów za parkowanie, więc dlaczego by nie miała zadziałać i w tej sytuacji?
Pierwszy pakiet 25 filmów nazwany dowcipnie przez prowadzącego pokaz „pierwszą połową” zmieścił się w godzinie. Mniej więcej w połowie pakietu pokazano nasz film. Niestety z nieznanych przyczyn z trzech sekund fajnej animacji tytułu na dużym ekranie pokazało się ostatnie pół sekundy, kiedy to animacja weszła w fazę statyczną, przez co klimat grozy, jaki z założenia animacja ta miała budować, pozostał poza doświadczeniem widza. Niemniej jednak film spodobał się publiczności wzbudzając salwę śmiechu oraz gromkie oklaski. Poczuliśmy się bardzo przyjemnie (ale bez przesady, w końcu owacja na stojąco to to nie była).
Po 10 minutowej przerwie rozpoczęła się ”druga połowa”, czyli kolejne 25 filmów. Jednym z nich była wspominana już alternatywna „Przestroga”. Prowadzący, widząc ten tytuł po raz drugi, przez chwilę rozważał możliwość pomyłki, aż jego wątpliwości rozwiały pierwsze kadry filmu. Zapomniał on jednak wymienić nazwisko autora. Zaniepokojeni tym faktem i świadomi, że od tej chwili nikt na sali oprócz nas dwóch i Dominika Kosickiego (o ile był obecny), nie ma pojęcia która „Przestroga” jest która, postanowiliśmy działać. Korzystając z przerwy poprosiłem prowadzącego pokaz, o nota bene dźwięcznym, matematycznym imieniu Max, o naprostowanie kwestii autorstwa obu filmów. Zapewnił mnie, że „dobra” i że „jasne”, więc z dużym spokojem czekaliśmy na „trzecią połowę” zajadając kiepskiej jakości orzeszki, które J naiwnie zakupił na stacji benzynowej.
„Trzecia połowa” rozpoczęła się wyczekiwanym przez nas wyjaśnieniem. Przyjęło ono mniej więcej taką egzotyczną formę: ”Autorzy filmu „Przestroga” prosili, aby zwrócili Państwo uwagę, który film jest który”. Oczywiście nie wyjaśniało to nikomu niczego. Być może było zręcznym chwytem marketingowym, choć i to wątpliwe w sytuacji nierozróżnialności obu tytułów. Dojedliśmy orzeszki.
„Czwarta połowa” przebiegała bez większych rewelacji. No może poza pokazem serii filmów z USA autorstwa niejakiego Davida Herberta. Jak się okazało chęć umiędzynarodowienia festiwalu wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem organizatorów. Nie dość, że człowiek ten wysłał filmy przez Internet w przededniu festiwalu (zgodnie z regulaminem powinien dostarczyć je tydzień wcześniej na osobnych kasetach VHS), to ich poziom zakrawał na kpinę. Po obejrzeniu serii 10 filmów nie można było oprzeć się wrażeniu, że niczego bliższego definicji absolutnego dna, nie da się już stworzyć. Selekcja jednak fajna rzecz…
Po czterech godzinach pokazów nastąpiła półgodzinna przerwa, którą wykorzystaliśmy na zwiedzanie atrakcji plenerowych. Wystawa plakatów w pobliskiej Synagodze przekonała nas, żeby niczego starego i zbędnego nie wyrzucać, bo jak będziemy kiedyś robić wystawę, to na pewno się przyda, zwłaszcza, jeśli będzie w formacie A3. Również sympatycznie umieszczona na wysokiej i nieoświetlonej ścianie kamienicy wystawa kadrów z filmu braci Lumiere jakoś nie wzbudziła naszego zachwytu. Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć czy dlatego, że świecąc sobie zegarkami dostrzegliśmy ledwie zarysy pierwszego z 5 rzędów zdjęć, czy może dlatego, że nie znamy się na prawdziwej sztuce.
Po atrakcjach plenerowych przyszedł czas na dodatkowe pokazy. Z racji dużego poślizgu czasowego zrezygnowano z zapowiadającego się ciekawie pokazu filmów nagrodzonych na zeszłorocznym festiwalu Off Cinema i zaczęto nas katować godzinnym filmem dokumentalnym „Cień radiostacji” popełnionym przez jednego z jurorów. Pominiemy już milczeniem braki techniczne, montażowe, czy koncepcyjne i wspomnimy tylko, że mimo, iż cały film nań czekaliśmy, nie było nam dane zobaczyć tytułowego cienia ni razu.
Zarządzono jeszcze jedną przerwę będącą klasyczną grą na czas obradującego jury. Postanowiliśmy wykorzystać ją na nasze prywatne typowanie. Wybraliśmy 17 wartościowych filmów i zajęło nam to nie więcej niż 5 minut. Oficjalnym faworytem formacji został „Waiting for a rain” Łukasza Urbanowskiego - ciągle świetny, mimo ścięcia do wersji jednominutowej, w której tracił sporo ze swej pierwotnej mocy. Jury ciągle obradowało. Ustaliliśmy więc wariant pesymistyczny, średni i optymistyczny. Jury ciągle obradowało. Wyliczyliśmy prawdopodobieństwo trafienia naszego filmu do pokazu finałowego. Jury ciągle obradowało. Byliśmy właśnie w końcowej fazie wyprowadzania dowodu hipotezy, że P=NP, gdy na salę wkroczyło jury i przystąpiono do czytania listy filmów zakwalifikowanych do finału.
Koncepcja wyboru finałowej 20 była prosta: 10 filmów wybiera publiczność, drugie tyle wybiera jury. Głos można było oddać tylko na jeden film, bo o liście preferencji organizatorzy widać nie słyszeli. Publiczność głosowała na krzywo przyciętych, małych, papierowych kwadratach z napisem „Jedna Minuta”, których wydrukowanie w liczbie idącej w tysiące nie zajęłoby dziesięciolatkowi więcej niż 30 minut. Oczywiście tak złożone operacje nie były konieczne, gdyż w międzypokazowych przerwach karteczki do głosowania leżały beztrosko bez niczyjej opieki na przywejściowym stoliku, skąd można było czerpać garściami. Jak jednak wiadomo urodzeni optymiści tacy jak my, nie przejmują się tego typu detalami. Z wypiekami na twarzach czekaliśmy więc na ujawnienie zawartości listy.
Postanowiono jednak tego nie robić tak ot, na raz, uznając, zapewne słusznie, że byłby to szok zbyt wielki i rozpoczęto pokaz kolejnych filmów z finałowej dwudziestki. Owszem w kilku przypadkach publiczność brawami poparła stan listy (bodajże w siedmiu), lecz większość filmów skwitowała milczeniem, cichym pobukiwaniem, ewentualnie ktoś klaszcząc rozgrzewał dłonie lub demonstrował swą niezależność. Po projekcjach finałowych odczytano wyniki głosowania publiczności. Nie dość, że lista zupełnie nie odpowiadała rozkładowi natężenia braw po projekcji, to wyszło na jaw, że finałowych filmów jest 18 nie 20, bo dwa typy publiczności pokryły się z głosami jury…
Nasz film niestety nie dostąpił zaszczytu znalezienia się w finale. Alternatywna „Przestroga” i owszem. Jako wyznawcy spiskowej teorii dziejów poczuliśmy się moralnymi finalistami. Nie było jednak zbyt wiele czasu na łzy, szlochy i nieudane próby samobójcze, bo oto jury ogłosiło końcowy werdykt i przy współudziale lokalnych vipów rozpoczęło ceremonię wręczania nagród. Pierwsza nagrodę otrzymał jak najbardziej zasłużenie film „Waiting for a rain”, choć współdzielił ją z nieco słabszymi „35 sekundami”. Drugą nagrodę otrzymał „Workshop” - prościutka, nawet zabawna animacja, jednakże niedorastająca przecież do pięt filmom Ayoya, czy choćby nawet „Zemście” Dominika Kosickiego. Trzecie miejsce przyznano filmowi „Smatrix” całkiem sympatycznej parodii „Matrixa”. Za to przydział wyróżnień i dyplomów uznania pobił wszystko, co do tej pory widzieliśmy. Przyznano je między innymi dwóm filmom spoza finałowej 18!
Było już po 22:00. Od dwóch godzin miał trwać okolicznościowy koncert, na który jako autorzy, mieliśmy darmowe wejściówki. Ale wiecie co, jakoś nam się odechciało tam jechać. Prysł kolejny mit. Duży festiwal, nie znaczy dobry festiwal. A może rzeczywiście miejsce filmu niezależnego jest na Rozbracie, a nie w kinowej sali?